Aktualności

Zobacz wszystkie
„Fabuła, dokument? Dobry film to dobry film” – mówi Veronika Janatková 08 grudnia 2019

„Fabuła, dokument? Dobry film to dobry film”. Rozmowa z Veroniką Janatkovą

Dlaczego pół wieku temu Czechosłowacy tak bardzo marzyli o ucieczce na Księżyc? Z Veroniką Janatkovą, reżyserką filmu dokumentalnego „Bilet na Księżyc”, rozmawiamy o czeskich księżycowych marzeniach, ale i o czesko-polskich stereotypach, początkach jej przygody z filmem oraz sytuacji kina dokumentalnego w Czechach.

Kilka lat temu reżyserka Veronika Janatková dowiedziała się przypadkiem, że jej dziadek jest posiadaczem biletu na Księżyc. Odkryła, że w latach 60., gdy cały świat ogarnięty był kosmiczną gorączką, amerykańskie linie lotnicze Pan Am ruszyły z zapisami na pierwszy komercyjny księżycowy lot. I że na listę masowo zapisywali się zwłaszcza… Czechosłowacy. Tak powstał pomysł na film Bilet na Księżyc, który miał swoją premierę w tym roku – w rocznicę pierwszego lądowania na Księżycu.

Obraz był pokazywany m.in. podczas tegorocznego Festiwalu Conrada w Krakowie. Przy tej okazji zapytaliśmy autorkę o to, przed czym Czesi i Słowacy chcieli uciec na Księżyc, ale również o jej filmowe początki, o obecną sytuację kina dokumentalnego w Czechach oraz o to, co ją zaskoczyło, gdy kilka miesięcy temu wróciła do Czech po piętnastu latach mieszkania za granicą.

Z Biletu na Księżyc dowiadujemy się, że Czechosłowacja była drugim krajem na świecie, zaraz po Stanach Zjednoczonych, jeśli chodzi o liczbę biletów na Księżyc zarezerwowanych za pośrednictwem linii Pan Am.

Z archiwów linii lotniczych Pan Am, które zbankrutowały w 1991 roku, niestety niewiele już dziś zostało – kilka zakurzonych skrzyń w bibliotece w Miami. Dostałam je jednak do dyspozycji i mogłam dokładnie przejrzeć. Tak trafiłam na listę rezerwacji lotów na Księżyc z końca 1969, z której wynikało, że Czechosłowacy są drugim narodem na świecie pod względem liczby biletów. Ale chodzi o ten konkretny rok, nie wiem, jak to wyglądało w roku 1970 i później.

Było to związane z inwazją ‘68?

Tak, myślę, że inwazja – i fakt, że z jej powodu wielu Czechów marzyło o jakiejś formie ucieczki – miała tu duże znaczenie. Bo przecież PanAm nie miał możliwości reklamy lotów na Księżyc na wielką skalę w naszym kraju. Wkrótce zresztą pod naciskiem władz całkowicie zakończył działalność w Czechosłowacji.

Później szansę lotu w kosmos otrzymał nasz czechosłowacki kosmonauta, Vladimír Remek. Powstała więc teoria, że Sowieci pozwolili mu na to w ramach zadośćuczynienia dla naszego kraju za inwazję. Nie wiadomo, czy rzeczywiście tak było, ale jego lot z pewnością również przyczynił się do czeskich marzeń o kosmosie.

Informacja o tym, że Czesi byli tak bardzo zainteresowani lotami na Księżyc, była dla nas ciekawa także ze względu na panujący w Polsce stereotyp Czechów jako narodu, który nie lubi podróżować. Woli siedzieć w domu albo w gospodzie…

Naprawdę? Nigdy o czymś takim nie słyszałam. To chyba stereotyp, który nie przekroczył nigdy granicy. Znam mnóstwo ludzi, którzy są jego zaprzeczeniem. Myślę, że czeskie marzenia o Księżycu pobudził trochę wspomniany Remek, ale żebyśmy byli aż tak zamknięci w swoich domach i gospodach? Nie wiem. Nie potrafiłabym w ogóle wrzucić jakiegokolwiek narodu do jednego worka – nie mamy jakichś etykietek, jeśli chodzi o Polaków, Słowaków…

Jak to? Polacy – złodzieje, wódka…

Ale my w Czechach też sporo pijemy (śmiech).

Spędziła pani 15 lat za granicą. Czy wyjazd z kraju był związany z karierą filmową?

Zupełnie nie, zaczynałam od pracy w barze. W ogóle słowo „kariera” nie jest mi w żaden sposób bliskie, nie potrafię go odnieść do siebie. Jestem zwyczajnie szczęśliwa, że mogę robić rzeczy, które lubię i które dają mi poczucie, że to co robię ma sens – że dzięki nim jestem aktywnym członkiem społeczeństwa. Nawet jeśli brzmi to trochę kiczowato, przepraszam! Po prostu jeden projekt prowadził mnie do kolejnego i tak się to kręciło.

Te pobyty za granicą nie były właściwie planowane. W 2004 roku przyjechałam do Paryża, na chwilę, i zostałam na dłużej, później byłam m.in. w Berlinie, i znowu – myślałam, że to będzie miesiąc, może dwa, a zrobiło się z tego kilka lat.

Jeśli nie miało to związku z pracą, to skąd pomysł, by wyjechać?

Chciałam podszlifować swój francuski. Zamierzałam spędzić we Francji trzy miesiące, zostałam na dłużej. Dlatego raczej niczego w życiu nie planuję – bo zwykle wszystko wychodzi zupełnie inaczej, niż człowiek sobie obmyśli.

A początki przygody z filmem?

Zajmowałam się tym już przed wyjazdem z Czech. Pomagałam na FAMU przy produkcji filmów krótkometrażowych. Dzięki temu nawiązałam cenne znajomości, miałam trochę szczęścia, krok za krokiem jakoś udało się wejść do branży. Ale to nie był żaden plan, studiowałam politologię. A wcześniej też chemię i toksykologię. Trudno więc doszukać się w tym jakiegoś logicznego planu.

W tym roku postanowiła pani po tylu latach wrócić do Czech. Skąd ta decyzja?

Szczerze mówiąc… Nie wiem. Jak wspomniałam, za wiele w życiu nie planuję. Nie mam pojęcia, jak długo zostanę w Czechach. Dostałam propozycję współpracy z organizacją Tranzit, to taka sieć stowarzyszeń non-profit, które działają w obszarze sztuki, i zabieramy się właśnie za przygotowanie Biennale Sztuki Współczesnej w Pradze. To roczny projekt, więc do czerwca na pewno zostanę w kraju. Potem zobaczymy.

Jak się pani dziś czuje w swoim kraju? Sytuacja polityczna w Europie Środkowej…

Tak, kompletny bałagan. Ale dzięki projektom, na których się teraz skupiam w związku z Tranzitem – często o wydźwięku społeczno-politycznym – jestem obecnie otoczona ludźmi, którzy myślą podobnie jak ja. Nie czuję się więc, jak gdybym tu spadła z Księżyca. Dzięki temu chyba nie odczuwam skutków obecnej sytuacji tak bardzo, a równocześnie mam poczucie, że skoro moi współpracownicy i bliscy są tak aktywni, działają, to nie wszystko jest jeszcze stracone.

Myślę jednak, że to równocześnie pewien problem – że żyjemy w swoich bańkach, osób o poglądach i zainteresowaniach podobnych jak nasze. Dlatego oczywiście czytam również wiadomości, obserwuję co się dzieje. Ale jestem w Czechach zaledwie kilka miesięcy, do tego byłam zaabsorbowana pracą nad filmem, nie potrafię więc jeszcze podzielić się jakimiś ogólnymi spostrzeżeniami na temat całego społeczeństwa i sytuacji w kraju.

Nie była więc pani czymś zaskoczona po powrocie?

Byłam zaskoczona sytuacją w całym naszym regionie, w tej części Europy, mimo że każdy kraj ma oczywiście własne, specyficzne problemy. Bardzo martwi to, że dopiero teraz, w 30. rocznicę transformacji, widzimy skutki tego, jak przebiegła i na czym się wtedy skupiliśmy. Na pierwszym miejscu było przyjęcie kapitalizmu i gospodarka, natomiast budowanie społeczeństwa obywatelskiego, zaangażowanie, zepchnięte zostały na drugie, trzecie, czwarte miejsce.

Dziś to odczuwamy, ale w jaki sposób wpływa to na mnie osobiście – nie wiem. Za pośrednictwem swojej pracy robię, co mogę, by być członkiem społeczeństwa zaangażowanego. To chyba zadanie dla każdego z nas, musimy być aktywni, tylko tak możemy walczyć z tym, co się dzieje.

Czy w takim razie środowisko kulturalne w Czechach działa sprawnie?

Tak, tutaj sytuacja jest dobra – nie czuję, by ktoś próbował nas ograniczać tematycznie lub pod innymi względami, nie istnieje żadna cenzura. Mówię o tym oczywiście z pozycji osoby, która jest w kraju od kilku miesięcy, ale kiedy słucham opowieści znajomych z innych państw, dochodzę do wniosku, że u nas jest w porządku. Mam nadzieję, że wytrwamy w Unii Europejskiej. Byłam niedawno na seminarium, w trakcie którego dowiedziałam się, jak wiele czeskich projektów Unia wspiera.

A sam film dokumentalny w Czechach? Jak wygląda sytuacja, kręci się tego dużo?

Bardzo dużo. Biorąc pod uwagę, jak niewielka jest nasza czeska branża, myślę, że jesteśmy bardzo aktywni. Oczywiście to w dużej mierze zasługa FAMU i innych instytucji, takich jak Instytut Filmu Dokumentalnego (Institut dokumentárního filmu). Już od lat 90. wspierają dokumentalistów i pomagają im w opracowaniu oryginalnego formatu, wychodzeniu poza ten klasyczny schemat – kilka gadających głów i fragmenty z archiwów.

Tak więc czeskie kino dokumentalne kwitnie. Prosto z Krakowa jadę na Ji.hlavę – świetny festiwal filmu dokumentalnego w Jihlavie. Ale u was chyba wygląda to podobnie? Moim zdaniem to kwestia tego, że nie rozgranicza się już dziś tak bardzo filmu dokumentalnego i fabularnego. W końcu i w jednym, i w drugim przypadku mamy do czynienia z wyrażaniem siebie przy pomocy środków audiowizualnych. Dobry film to po prostu dobry film.

[Rozmawiali: Anna Maślanka, Łukasz Grzesiczak]

Film Bilet na Księżyc w reżyserii Veroniki Janatkovej zostanie również pokazany na najbliższej edycji festiwalu Kino na Granicy.

Powrót

Organizatorzy

Współorganizatorzy

Sponsorzy